Feed on
Posts
Comments

Dżwirzyno 2008.08.09

Wczoraj wszyscy pływali, ale tylko ja mam fote :):):)hehe

Fimik ze stajni chillistudio.pl

Kolejny filmik przygotowany przez Cinka, tym razem mamy dzieło z gatunku tych “dziwnych” :)

Pogorzelica

W końcu przy zachodzie słońca  !!!

Dziś pięknie wiało :D Wyhasałem się jak młody. Wszystko boli więc pozostaje tylko powiedzieć: pływanko zaliczone do udanych. Co prawda nie poskakałem sobie tak jak bym chciał bo jakiś czas temu obiłem sobie żeberka i skakanie jest trochę bolesne :( Ale co się odwlecze to nie uciecze.

Nie o tym chciałem pisać. Dziś poszliśmy na plażę w Rewalu bo warunki były świetne wiało około 16 węzłów i wiaterek wciąż się wzmagał. Po kilku godzinach Bart z Kasią zawinęli wrotki i uciekli ze spotu. Zostałem tylko z Władziem. Wszystko było ok do momentu wyjścia z wody. Niestety obydwa latawce w górze więc nie miał kto nas wylądować. Wiało już ponad 22 węzły więc proszenie kogoś o pomoc odpadało. Kierunek wiatru uniemożliwiał też liszowanie bo latawiec poleciałby na plażę gdzie spacerowali ludzie. Postanowiłem wykorzystać doświadczenie nabyte przy lżejszym wietrze. Stojąc na plaży opuściłem latawiec na prawą stronę (nad wodę). Gdy tuba główna dotknęła wody szybko pociągnąłem lewą linkę i skrzydło ułożyło się tubą do wiatru. Dzięki temu wiatr sam przyciskał latawkę do wody. Trzymając jedną linkę spokojnie podchodziłem do latawca. W pewnym momencie jakaś dziewczynka (około 3-4 lat) wbiegła w latawiec. Jedyne co mogłem zrobić to kurczowo trzymać linkę aby latawiec nie przesunął się nawet o metr. Gdyby jakaś fala podniosła tubę główną i latawiec złapał by wiatr to nawet nie chcę myśleć co stałoby się z ta dziewczynką. Byłem w tej sytuacji bezradny. Nie widząc odpowiedniej reakcji ze strony rodziców dziewczynki bardzo grzecznie ich poprosiłem o zabranie dziecka. Mniej więcej tak: zabierzcie k…a to dziecko!!!!!! Reakcja była natychmiastowa. Dziewczynka pobiegła do rodziców i niebezpieczeństwo zostało zażegnane. W międzyczasie poprosiłem jakiegoś przechodnia aby jak najszybciej złapał latawiec aby zażegnać niebezpieczeństwo. Jednak jego reakcja była godna refleksu mistrza szachowego.

Jeśli doszłoby do jakiegoś wypadku to cała wina spadła by na mnie. Bo to przecież my musimy zadbać o bezpieczeństwo obserwujących nas ludzi. Oni nie zdają sobie sprawy jak dużym zagrożeniem jest kite i jak łatwo jest doprowadzić do niebezpiecznych sytuacji. Najadłem się dzisiaj strachu i dotarło do mnie, że na plaży zawsze trzeba mieć kogoś zaufanego do pomocy.

Czarujący Wolin ;)


Chyba nikt z naszej całej brygady nie powie, że na Wolinie źle się pływa. Jak tylko pada pomysł lub pojawia się drobna sugestia aby wybrać się na Wolin i popływać to od razu pojawiają się “białe” ząbki i banany na twarzach :D Jesteśmy oczarowani tym spotem (bynajmniej ja).

Tak też było wczoraj. Co prawda były początkowe trudności z wyrwaniem się z pracy ale wszystko się ułożyło bardzo dobrze. Gdy zajechaliśmy na spot Cinek z Olkiem już byli na miejscu. Nie wiedzieć tylko czemu kimali w samochodzie za miast rozkładać sprzęt. Ja tylko ja wysiadłem, mimo iż wiatr wcale nie był zachęcający do pływania powiedziałem, że nie ma innej możliwości muszę wejść i d… zamoczyć. Czyli standard szybkie rozłożenie sprzętu i wskoczenie w piankęi 20 minut później już byłem w wodzie. Fala była dość spora jak na Wolin ale całkowicie nie przeszkadzała.

Pierwsze dwa halsy i był już gotów do pierwszych skoków. Bardzo szybko przypomniałem sobie moje poprzednie skoki. Oczywiście przy pierwszej próbie musiałem zaliczyć glebę. I oczywiście musiałem walnąć lewym bokiem w wodę. Od razu wyszły wszystkie poprzednie gleby na morzu gdy niemiłosiernie obiłem sobie moje 4 litery. Do kolejnych prób podszedłem już bardziej wyrozumiale i nie forsowałem się. Zaliczałem drobne podskoki na kilkadziesiąt centymetrów i pięknie oraz gładko je lądowałem. Wiaterek coraz ładniej się rozwiewał, a ja czułem coraz większą pewność siebie. W którymś momencie troszeczkę agresywniej przeprowadziłem latawiec do zenitu i w ciągu ułamka sekundy znalazłem się co najmniej 2 m nad wodą. Nie byłem przygotowany do tego skoku i trochę mnie to oszołomiło. Odruchowo, mam jakieś dziwne odruchy :/ , skierowałem latawiec w lewo (w kierunku w którym płynąłem). W tym momencie wprowadziłem go w okno wiatrowe i nabrałem jeszcze większej prędkości. Przy takim manewrze latawcem zawsze kończy się to obróceniem ridera, czyli mnie, w lewą stronę. Gd się połapałem co się dzieje zdążyłem jedynie zrzucić deskę z nóg i zawrócić latawiec do zenitu. Prędkość jaką nabrałem była już zbyt duża aby była jakakolwiek szansa na to, że wracający latawiec do zenitu cokolwiek załagodzi. Ude żyłem (czyt. przy……..) o wodę tak mocno, że nie mogłem złapać oddechu prze kilka sekund. Trafiłem w wodę całą długością ciała. Także oberwało się głowie, żeberkom i tyłkowi. Nogi na szczęście w trakcie uderzenia o wodę były skierowane do góry więc najmniej ucierpiały. Odpocząłem sobie kilka minut leżąc na wodzie i zebrałem się do dalszego pływania. Niestety przyjemność się skończyła. Każdy ruch latawcem odczuwałem na obitych żeberkach. Chwilkę później byłem już na brzegu i mogłem sobie dogorywać podziwiając resztę brygady śmigającej po wodzie.

Dobra tyle o mnie trzeba odrobić pracę domową za innych ;)

Nie ja jeden się poobijałem tego dnia. Przede mną bardzo nieprzyjemny upadek zaliczył inny kiter na spocie. Stratował latawiec z lądu i troszeczkę źle go poprowadził. Startując z krawędzi okna od razu odwrócił latawiec i przeciągnął go przez power zone.  Kolesia poderwało w górę i jak szmatą rzuciło w trzciny. Z tego co zrobił i jak to zrobił wnioskuję, że to chyba jego początki z kitem. Jeśli mocniej się do nauki nie przyłoży to może to być również początek końca jego przygody z tym sportem. Oby nie ale w tym przypadku myślenie się wyłączyło, a umiejętności chyba były w trzcinach.

Kolejny który zaliczył dość mocną glebę był Bart. Oczywiście sytuacja nie miała miejsca na lądzie. Bart ćwiczył skoki i przy którejś próbie poderwało go dość mocno w górę. Oczywiście zdarzyła mu się dokładnie taka sam sytuacja jak mi czyli obróciło go i już nie mógł nic zrobić. Spadł z kilku metrów z dość sporą prędkością do wody. W momencie uderzenia o wodę latawiec już był prawie w zenicie. Pływał na 9 więc chyba w takich sytuacjach nawet takie latawce są za wolne :( Na szczęście nic mu się nie stało. Dziękował później wszystkim za to, że miał kask. Mimo tego zabezpieczenia czuł lekki ból głowy po tym zdarzeniu. Może trzeba byłoby zainwestować w taki sprzęt hmm ?? Kto wie kto wie.

Chyba najbardziej zadowolonym z całej naszej ekipy był Olek. Pierwsze ostrzenie, pierwsze próby skoków. Jak się rozkręcił z ostrzeniem to czasami zapominał podnieść tyłek i zahaczał nim o wodę. Były to bardzo efektowne upadki :D Ale nie ma się co śmiać wszyscy tak pływaliśmy .Jest to najprostszy sposób na dociśnięcie krawędzi i zmianę kierunku płynięcia. Ciężko jest mi opisać co przeżywał przy pierwszych “kontrolowanych” skokach ale cieszył się jak małe dziecko. BRAWO, BRAWO i jeszcze raz BRAWO!!!!!!! Cieszymy się razem z Tobą i czekamy na pierwsze lądowania.

Cinek uskuteczniał swoją technikę. Może nie skacze tak wysoko ale coraz częściej jego skoki nabierają sporej odległości. Bardzo defektowanie to wygląda jak ktoś pokonuje około 10- 15m w powietrzu jakiś 1m nad wodą. Wygląda to tak jakby ślizgał się po powietrzu. Naprawdę, na mnie robi to bardzo duże wrażenie. Cinek brakuje jeszcze zachodzącego słońca i będziesz miał swoje zajefajne ujęcie ;)

Pozdrawiam wszystkich czytelników ;) Liczę, że żeberka szybko wrócą do normy i będzie można znów trochę poszaleć :D

Sprawozdanie tygodniowe.

Minął kolejny tydzień i nie obyło się bez wyjścia na wodę 

Tym razem było fajniej niż zwykle ponieważ cała brygada pojawiła się w Rewalu. Marcin z Olkiem (oczywiście nie sami  ) przyjechali na kilka dni do Barta więc można było bez problemów zaliczyć fajne pływanko w doborowym towarzystwie.

Niestety ja nie miałem tak dobrze jak oni. Praca nie pozwalała na to abym całe dnie spędzał z nimi na spocie. Za to popołudnia to już inna sprawa wyrozumiałość mojego szefa muszę pochwalić. Pewnie jest to spowodowane tym, że sam pływa na kajcie 

Niestety pamięć mnie zawodzi i nie jestem w stanie sobie przypomnieć dokładnie co którego dnia się wydarzyło  ale trochę się działo. Na spocie mieliśmy gościa. pływał na Nash’u 10m i pokazał nam jak powinno się skakać. Chylimy czoła przed tym młodym człowiekiem. Skoki, które oddawał były co najmniej 2-3 krotne wyższe i dłuższe od tych, które my wykonywaliśmy. Oczywiście również zaliczał upadki ale to chyba normalne w tym sporcie  W ostatni dzień pływania załatwił swój latawiec. Szmata pękła przy jednej z tub poprzecznych. Na kilkanaście minut pożyczyłem mu swojego X-Bow’a. Jak zobaczyłem co on wyprawia to nie wierzyłem własnym oczom. Skakał tak wysoko, że później jak z nim rozmawiałem to sam się dziwił. W powietrzu spędzał około 6-7 sekund.  Nie wiedziałem, że mój latawiec tak potrafi  Dużo mamy jeszcze do nauczenia się. Na spocie była kamera więc na pewno będzie można w niedługim czasie na naszym blogu zobaczyć co się działo.

Z całej naszej brygady trzeba pochwalić Kasię i Olka. Morze i fala nie jest już dla nich problemem. Śmigali tak jakby ich umiejętności były co najmniej trzy razy wyższe niż przy poprzednim pływaniu. Teraz czekamy aż pojedziemy na jakieś jeziorko gdzie fali praktycznie w ogóle nie ma. Tam będą mogli nam pokazać na co ich stać. Czekamy również na ich pierwsze skoki bo wydaje mi się, że już niedługo znudzi im się pływanie tam i z powrotem  Zatem Kasia, Olek do dzieła w czasie płynięcia w swoją lepszą stronę latawiec do zenitu i bar na maksa do siebie  Gwarantuję, że emocje sięgną zenitu 

 Na spocie pojawił się również Jacek (dobry znajomy Marcina i Barta). Przyjechał przetestować Slingshota. Zaliczył kilka sesji na 13 Władzia i chyba mu się spodobało. W tej kwestii powinien się wypowiedzieć Władziu, Bart lub Marcin, którzy rozmawiali z Jackiem na ten temat. Po za tym chyba wypadło by opisać nowy sprzęt. Bart, Władziu prosimy o sprawozdanie.

 Oczywiście nie obyło się bez drobnych wpadek. Muszę jeszcze napisać, że z całym sprzętem musimy się oddalać od głównych plaż w Rewalu. Za dużo ludzi i nie ma możliwości rozłożenia się. Na szczęście nie wszystkim chce się chodzić tak daleko jak nam więc znaleźliśmy dla siebie miejsce na plaży. Chyba pierwszego dnia jak się wybraliśmy na pływanie wiatr był słabiutki idość ciężko było się wyhalsować. Ale nie poddawaliśmy się i walczyliśmy. W miarę upływu czasu wiatr się rozkręcał i było bardzo fajnie. Niestety w którymś momencie siadł tak, że wrócenie do punktu wyjścia było praktycznie nie możliwe. Kasia z Władziem wylądowali na plaży strzeżonej jakieś 400m do punktu startu. Ozon Barta jak zwykle w takich warunkach wiatrowych zrobił psikusa i spadł na plażę między ludzi. Na szczęście nic się nikomu nie stało. Po tym wydarzeniu wiatr znów się rozkręcił i pływaliśmy dalej. Udał się potrenować skoki i wszyscy w dobrych nastrojach wracaliśmy ze spotu.

Dzień czy 2 później gdy jechałem na spot do całej brygady dostałem info od Barta, że Władziu jest w Trzęsaczu i trzeba go zabrać. Jak się okazało Władziowi rozpiął się trapez i walczył aby nie stracić sprzętu. Na szczęście udało mu się bezpiecznie brzegu. Marcin z Bartem asekurowali go z wody.

Nie tylko Wladziu miał tego dnia problem z trapezem. Mi również się to przytrafiło. Pierwsze wyjście na wodę tego dnia chyba drugi skok i czuję, że coś jest nie tak. Latawiec cały czas mi uciekał w jedną stronę. Gdy się zorientowałem co się dzieje trzymałem latawca na zaciągniętym barze aby można go było w miarę kontrolować. Pomoc nadeszła bardzo szybko. Po tym jak wylądowałem latawiec na wodzie Marcin próbował go przytrzymać tak abym mógł zapiąć trapez. Po 2 nieudanych próbach wykorzystałem system bezpieczeństwa i z latawcem pod ręką wyszedłem na plażę. Oczywiście nie byłem szczęśliwy z tego powodu. Wręcz bym nawet powiedział, że do szczęścia i radości było mi tak bardzo daleko, że ho ho  Na szczęście linki się aż tak mocno nie poplątały więc kilkanaście minut później byłem już na wodzie i po oddaniu pierwszego (oczywiście nieustanego) skoku humor wrócił bardzo szybko :P

 Było jeszcze kilka niebezpieczny sytuacji na wodzie. Ja przy starcie nie zauważyłem Olka i o mały włos nie zderzyliśmy się latawcami. Oczywiście ja byłem winowajcą bo jak ten osioł nie rozejrzałem się czy mogę startować. Sorrki Olek za przeszkadzanie w pływaniu.

Najniebezpieczniejsza sytuacja była chyba gdy Barta Ozon spadł do wody (pamiętacie ozon przy słabym wietrze lub gdy znajdzie się za riderem potrafi się przewinąć i spaść). Bart dał znać Władziowi, żeby mu pomógł. Władziu chciał złapać latawiec więc do niego podpłynął. Gdy go złapał okazało się, że latawka w tym momencie złapała wiatr i wystartowała. Władziu został przewrócony przez linki startującego Ozona ale na szczęście nic się nie stało. Z brzegu wyglądało to bardzo niebezpiecznie. Jednak gdy relacjonował to Władziu okazało się, że całkowicie “panował” nad sytuacją. Gdy zobaczył co się dzieje włożył rękę pod linki Ozona i po prostu je przełożył nad głową jednocześnie odchylając się do tyłu. Gratulujemy zimnej krwi i wspaniałego refleksu jednak jednocześnie prosimy aby już nigdy więcej do takich sytuacji nie doprowadzać.

 Zapomniał bym o jeszcze jednym ważnym wydarzeniu. Dziewczyna (może przyszła żona  ) Marcina, Lara została podpięta do latawca. Co prawda nie było mnie wtedy na spocie ale takie wydarzenie musi zostać opisane. Jestem bardzo ciekaw czy jej się spodobało. Miejmy nadzieję, że tak i że może już niedługo do naszej brygady dołączy kolejna kitegirl :D Marcin nie poddawaj się zabieraj Larę na każdy kajtowy wyjazd

No to wracamy :)

Witam po bardzo długiej przerwie :)

Wybaczcie, że nic nie pisałem ale były 2 powody. Brak dostępu do netu - sieć powietrzna widziała tylko 0 i żadnej 1.  A drugi powód to całkowity brak wiatru :( Na szczęście wszystkie przeciwności pokonane.

Ciężko mi sobie przypomnieć ile razy w czasie gdy byłem odcięty od świata wychodziliśmy na wodę. Ale chyba 2 razy Dźwirzyno, raz Rewal i raz Wolin. Kolejność Rewal - Dźwirzyno - Dźwirzyno - Wolin. Na żadnym z wyjść nikt nie robił zdjęć i nie filmował :(

Tak więc zaczynamy od pierwszego wyjścia w Rewalu. Po długim oczekiwaniu na wiatr….bla bla bla… wiatr przyszedł. Nie wiadomo skąd i z kim ale był. My oczywiście długo się nie zastanawiając spakowaliśmy sprzęt i na morze. Słonko nie świeciło więc nie było dużo ludzi na plaży. Wiało z zachodu i na morzy była bardzo nieprzyjemna wysoka fala. Bart z Władziem bez problemu przebili się na otwarte morze, a ja miałem zaliczyłem kilka nieudanych prób. Zmęczyłem się przy tym strasznie i dalsze pływanie nie należało do najprzyjemniejszych. Gdy już wszyscy byli na otwartym morzu i miała się zacząć najlepsza zabawa wiatr zrobił nam psikusa i przestał wiać. Spędziliśmy co prawda jeszcze na plaży dobrą godzinę i jeszcze kilka razy próbowaliśmy popływać ale się nie dało. Także pierwsze wyjście po długiej przerwie nie należało do udanych jednak z drugiej strony trochę popływaliśmy więc nie ma co narzekać :)

 Drugie pływanko w Dźwirzynie. Było cudnie. Zjechała się cała brygada. Każdy schodził z wody z bananem na twarzy :D No morze Cinek nie był do końca zadowolony bo miał drobne problemy aby przebić się głąb jeziora i swobodnie sobie popływać. Śmigał cały czas przy brzegu i co chwila uciekał przed Olkiem :) A tak na marginesie Olek gratulacje za postępy jakie robisz. Już jest więcej pływania niż chodzenia. Jeszcze trochę i przyjdzie czas na kontrolowane skoki, a nie tylko te przypadkowe ;) Jednak wydaje mi się, że Cinkowi włączył się syndrom trenera lub starszego brata i nie chciał od Olka zbyt daleko odpływać aby w razie W mógł mu szybko pomóc.

Jeśli chwalimy Olka to nie możemy zapominać o Kasi. Nasza kite girl świetnie sobie radzi (udowodniła to na następny dzień ale to za chwilkę). Trzyma linię i nie musi już spacerować z latawcem w zenicie aby wrócić w miejsce startu. Pewnie już niedługo zaczną się pierwsze skoki. Czego ci serdecznie życzymy.

Władziu, Bart i ja ćwiczyliśmy jedyną rzecz, która teraz nas fascynuje w kite’cie czyli skoki. Warunki były na tyle dobre, że można było wykonać 3 skoki w jednym halsie i nie tracić odległości.  To tylko moje doznania bo nie wiem jak szło Bartowi oraz Władziowi. Ciężko obserwować cały akwen. Były chwile gdy trochę wiaterek słabł i wtedy trzeba było trochę powalczyć o odległość. Mi się spodobała zabawa w straszenie mew, które w dużej liczbie pływały po jeziorze. Okazało się jednak, że nie wszystkie pływały. Nie które z nich po prostu sobie stały. Dość boleśnie się o tym przekonałem. Gdy przeganiałem z wody chyba 3 stadko deska wbiła się w dno, a ja wystrzeliłem jak z procy. Latawiec miałem nisko nad wodą aby szybciej mewy wystraszyć więc przeciągnął mnie po tej mieliźnie. Bart, który płynął za mną trochę się u chachał ale dostał też informacje że nie należy płynąć za mną. Na szczęście nic mi się nie stało ucierpiała tylko moja duma ;) Na przyszłość trzeba pamiętać, żeby nie straszyć mew :D Na spocie spędziliśmy około 5 godzin więc wypływaliśmy się i nadrobiliśmy zaległości z bezwietrznych dni.

Na następny dzień prognozy wiatrowe były jeszcze lepsze. Miało wiać około 25-28 węzełków. Nie wiem czy tyle bylem bo nikt mi nie chciał powiedzieć ile tak naprawdę jest. Władziu przekazał mi tylko info z uśmiechem na twarzy że wieje 15 węzłów. Można było pomyśleć idealnie ale cosik podpowiadało mi, że jednak jest mocniej. Szybkie rozkładnie sprzętu i do wody. Latawiec na maksymalnym depowerze. Podpięty na drugie supełki (mimo iż przy 15 węzłach podpinam na 3). Start przebiegł bez problemów. Pierwszy ślizg latawiec nisko nad wodą. Naprałem prędkości i od razu poczułem, że nie jest to prędkość z którą przeważnie pływam. więc próba wyhamowania ostre ostrzenie i latawiec spokojnie do góry. Niestety nie udało się. Zgubiłem krawędź i zacząłem odbijać się od wody jak piłeczka. Kilka szybkich uderzeń o wodę deską ustawioną w poprzek kierunku płynięcia i ostra gleba. Deska spadła mi z nóg i została za mną jakieś 30 metrów. Gdy udało mi się już opanować latawiec i postawić go do zenitu okazało się, że wieje tak mocno, że nie mogę zaprzeć się nogami o dno bo latawiec cały czas mnie podnosi. Sprowadziłem go na krawędź okna wiatrowego i “oparłem” o wodę. Niestety to też nie pomogło. Siła jaką latawiec generował nie pozwoliła mi na to aby spokojnie ustać w jednym miejscu. Do tego zorientowałem się, że rozpiął mi się trapez. Próbowałem go zapiąć jednak latawiec mi to uniemożliwiał. Szybka decyzja i korzystamy z systemu bezpieczeństwa. Latawiec powinien leżeć sobie spokojnie na wodzie ale co chwila łapał wiatr i podnosił się w powietrze co uniemożliwiało mi dojście do niego. Na szczęście Bart widział całą sytuację i przytrzymał mi latawkę. ”Sprint” do niego i latawiec był już w moich rękach. Bart - wielkie dzięki za pomoc!!!!! Ne wiem jakby się to mogło zakończyć gdyby nie on.

Największe wyrazy uznania dla Kasi, która była z nami. Bardzo dobrze sobie radziła i ze zdziwieniem na twarzy patrzyła na moje poczynania ;) Sama jednak później przyznała, że wiatr był trochę za mocny. Ale tylko trochę ;)

Gratulacje dla Władzia, który w tym dniu oddal chyba najwyższy i najdłuższy jak do tej pory skok. Wyglądało to naprawdę bardzo efektownie!!!!!!!

Do wolina pojechaliśmy wczoraj .Bart z Władziem byli umówieni na to aby przetestować latawce Slingshot’a. Wiaterek był bardzo fajny ale z tendencją słabnącą więc nie wypływaliśmy się. Początek pływania był wręcz genialny. Stabilny wiaterek, minimalna fala i bardzo dużo miejsca do zabawy :) Gdy znaleźliśmy się w wodzie to nie pozostało nic innego jak tylko się bawić. Ja jak opętany próbowałem skakać (większość skoków kończyła się glebą). To samo robił Bart i Władzio. Co prawda Brat stracił trochę czasu gdy przesiadał się ze Slingshot’a na swojego Ozona ale bawił się równie dobrze co ja :D Oczywiście nie obyło się bez śmiesznych sytuacji. Prawie przy każdym nieudanym skoku gubiłem deskę. Trzeba było do niej jakoś dopłynąć. Ja w takich chwilach ćwiczę bodydragi, które pozwalają dopłynąć do zgubionej deski. Już pod koniec pływania gdy siadał wiatr oczywiście oddałem skok i zgubiłem deskę. Zlokalizowałem dechę na wodzie i już miałem zacząć body dragi ale Bart przyszedł mi z pomocą i złapał deskę. Jednak wiatr siadł tak mocno, że Bartowi udawało się płynąć tylko w prawą stronę, a ja oczywiście byłem po lewej ;) Po chwili Bart zostawił moją deskę na wodzie bo sam miał problemy aby utrzymać latawiec w powietrzu i moja deska znalazła się kilkadziesiąt metrów dalej niż była. To się nazywa przyjacielska pomoc ;) 

2 kumpli wybrało się na kajta. Jeden z nich zgubił na wodzie deskę. Deska była jakieś 5 metrów od niego. Jego kumpel: krzyczy dasz radę ją złapać!!! W odpowiedzi słyszy: TAK. Mimo to podpływa do pływającej deski i ją zabiera. Odpływa jakieś 40 metrów i krzyczy: A teraz!!!

Niestety wiatr tak siadł, że pływanie się skończyło. Na spocie miało miejsce jeszcze jedno wydarzenie ale to już powinien opisać Bart lub Władziu.

Rewal - nowy filmik

Wkońcu udało się. Cinek symulując ostrą pracę przed swoją ”ukochaną” :) (zminimalizowane okno z filmikiem z kajta, otwarte okno ślubu ich klentów, po czym szybka akcja przełączania między oknami) w końcu coś stworzył:

Tym razem krótko bo ponoć się za mocno rozpisuję :P

Dziś wybraliśmy się na morze aby popływać (brak fotografa fotek nie będzie). Bart nie raz zwracał mi uwagę, że zbyt blisko brzegu skaczę. Ja tłumaczyłem się, że dalej nie ma gruntu pod nogami i istnieje duże prawdopodobieństwo, że zgubie dechę i trzeba będzie ją holować. Oddałem już naprawdę sporo skoków i nigdy nie byłem w takiej sytuacji jak dziś.

 Skoczyłem i wylądowałem. Jednak po oddanym skoku trzeba nabrać prędkości aby popłynąć dalej. Latawiec zanurkował i nabrał mocy. Gdy zobaczyłem jak blisko jest brzeg za wszelką cenę starałem się zahamować deską i skierować latawiec do zenitu. Deska odbijała się od wody jak startująca kaczka. W ostatniej chwili zrzuciłem dechę (lub co bardziej prawdopodobne sama spadła) i udało się latawiec postawić w zenicie. Gdy się zatrzymałem byłem w miejscu gdzie fale rozbijają się o plażę. Metr dalej i pewnie obiłbym sobie co nieco ;)

Wniosek jest prosty: Jeśli ktoś zwraca ci uwagę, że za mało miejsca do skakania to go posłuchaj i zacznij wykonywać swoje skoki w większej odległości od przeszkody!!!!!!

Zaginiona deska.

Dziś Władziu, Bart i Kasia wybrali się w Rewalu na morze popływać. Ja z nieznanych powodów pojawiłem się na spocie bez sprzętu więc tylko przyglądałem się jak pływają. Jednak tylko mi się wydawało, że dobrze się bawią. Gdy dotarłem do miejsca gdzie pływali okazało się, że Władziu zgubił dechę. Bart śmigał po morzu próbując ją odnaleźć. Niestety się nie udało :( . W międzyczasie Kasia wylądowała swoją latawkę i Władziu ją łapał trzymając swojego switchblade’a w powietrzu. Mało co nie zahaczył nim o tablicę ostrzegawczą - obyło się bez strat. Nasz senior na prawdę ma talent do aranżowania niebezpiecznych sytuacji ;) . Gdy sytuacja była już opanowana pojawił się na brzegu Bart i oddał Władziowi swoją deskę. Jego deska jest przystosowana do podczepienia leash’a i dzięki temu, bez obawy Władziu mógł udać się na poszukiwanie swojej. Z resztą deska Władzia też ma możliwość podczepienia leash’a i leash był podczepiony jednak Władziu dokonał kilku modyfikacji, które nie wytrzymały (naprawdę ma talent - nie wiesz co to są niebezpieczne sytuacje dzwoń do Władzia wszystko Ci wyjaśni tel. 0-700-WŁADZIU ;) ). Z Bartem wybraliśmy się na spacer z nadzieją, że decha już przybiła do brzegu. Staraliśmy się ją również wypatrzeć na wodzie jednak słońce skutecznie nam to utrudniało. Jedyne co było widać to odbijające się promienie. Doszliśmy do Trzęsacza (około 1 kilometra do miejsca startu) dechy nigdzie nie było widać. Władziu przeczesywał wodę śmigając tam i z powrotem. Już się poddaliśmy i zaczęliśmy wracać. Ja brzegiem, a Władziu wodą. Przy chyba 3 halsie trafił na swoją deskę i z typowym bananem na twarzy, bo takowy się pojawia na twarzy w takich sytuacjach, przytargał dechę na ląd. Dalszą podróż decha odbyła już lądem bez obawy o to, że porwie ją prąd. Sprzęt odzyskany i wszystko skończyło się dobrze. Nie wiem, bo nie było mnie w chwili zgubienia deski, więc mogę się tylko domyślać, jak mogło dojść do tego, że stracili deskę z pola widzenia. Już nie raz gubiłem deskę na morzu jednak tylko raz był problem z jej znalezieniem. Popełniłem błąd i od razu bodydragami ruszyłem w kierunku brzegu. Jednak wtedy nie było problemu z jej wypatrzeniem ponieważ słońce było schowane za chmurami, a fala była na tyle wysoka, że co chwila deska świeciła czerwonymi finami. Od tamtego zdarzenia zawsze zostaję w miejscu gdzie decha mi spadła. Daję znać innym aby podpłynęli i podholowali deskę do brzegu. Jest to bardzo efektywna metoda ponieważ cały czas ktoś - osoba, która zgubiła deskę lub osoba pomagająca - ma z deską kontakt wzrokowy.

Wniosek jest prosty: zgubiłeś deskę zostań przy niej do momentu, aż ktoś do ciebie podpłynie i da ci znać, że możesz płynąć do brzegu!!!!!! (metody nie stosować gdy jesteś sam na spocie ;) )

Older Posts »