Feed on
Posts
Comments

Nie na temat - Kenia…

Tym razem będzie krótko i nie na temat :) Poniżej świeże fotki z wyprawy fotograficznej do Keni, a konkretnie z jej pierwszych dwóch dni:

 

Wolin 47 węzłów

 

Korzystając z ambitnych prognoz (20-30 węzłów w szkwałach) wybraliśmy się z Władziem popływać na Wolin. Nie spodziewaliśmy się żadnych niespodzianek, ale już jadąc samochodem uwagę naszą przykłuła dziwnie biała woda… Drugie zdziwienie spowodowane było trudnością z otwarciem drzwi kampera (przecież to prawie nowy samochód, a już drzwi ciężko chodzą - dziwne…). Po wyjściu z auta okazało się dlaczego drzwi tak się zamuliły - Władziu zaparkował przodem auta do wiatru, a że wiało jak cholera, to i drzwi nie chciały się otworzyć.

Na miejscu spotkaliśmy Mirona z ekipą i to właśnie na ich latawcu (maxymalnie zdepowerowany Slinghsot Rev 7m2) pływał Władziu. Poniżej parę fotek z wyjazdu, na zdjęciach “pływających”: Władziu i Miron.

Tytułowe 47 węzłów przyszło do nas dość niespodziewanie wraz z gradową chmurą. Skończyło się na użyciu systemów bezpieczeństwa w dwóch przypadkach i awaryjnym wyjściu z wody. Na szczęście nikomu nic się nie stało…

Ps. Gościnnie, na zdjęciu prawie że portretowym, w czapce  - nasz kolega Stefan, który niejednokrotnie pomagał nam wyciągnąć naszego zakopanego kampera ze spotu - chwała mu za to :)

Dzwirzyno - druga strona

W końcu powiało - po dwóch tygodniach posuchy pojechaliśmy w składzie Bart, Cinek, Fryta, Olek, pomoczyć trochę zadki w zimnej wodzie. Po tak długiej przerwie musiało się podobać :)

Popływali, poskakali i co chyba najważniejsze - zdjęcia porobili.  Za fotki wziął się jak zwykle Cinek, nowością było natomiast użycie zestawu Nikon D300 + ultraszeroki kąt (Sigma 10-20) +obudowa podwodna do aparatu. To był strzał w dziesiątkę. Z 15 minut wyginania się przed obiektywem wyszło nam kilka fajnych fotek  i odmrożone jajka Cinka :)

Najlepsze jednak jest to, że jutro z rana, zamiast ze święconką - pojedziemy z latawcami znów w to samo miejsce :)

Na drzewie…


 

 

Chwila nieuwagi i latawiec wylądowany :)                                                                                 fot. Andrzej Adamek

Na szczęście skończyło się tylko małym rozdarciem.

Okolicznym kiteraiderom oraz powracającym na wiosnę bocianom  polecamy wysięgnik z Pustkowa :)

Zaczniemy od tytułowej foty lokalesa  (czyli po prostu oryginalnego mieszkańca Capo Verde):  Lokales-iFota nieziemska,  dla dociekliwych zacytuję Wojtasa, który fotę mi dostarczył: Tak naprawde to jest dwóch gości, którzy w zamian za lokaleskiego hamburgera zrobili swój numer popisowy. Patrząc na nich myśle że nic więcej nie potrafią.

18 lutego wybrałem się z Władziem na Capo Verde, zwane również w naszym języku wyspami zielonego przylądka. Zieleni za dużo tam nie było, ale za to jak wiaaaaałoo!!! Podczas gdy w Polsce zima atakowała już drugi raz w tym roku, my mieliśmy 25 stopni celcjusza i idealny wiatr do pływania każdego z siedmiu dni naszego wyjazdu. Minusem była konieczność dojeżdżania za każdym razem na spot, który znajdował się na całkowitym odludziu, no ale jak codziennie wieje, to i dojechać można. Poniżej parę fotek z wyjazdu, zaczniemy od poznanych tam rodaków, również kajciarzy (od lewej: Łomek, Bart, Wojtas, Asia, Władziu):  
      

Republik Österreich cz. 3

Republik Österreich cz. 2

Republik Österreich cz. 1

No i stało się :) Jak zwykle zaczęło się od tego, że Władziu (najstarszy, ale i najbardziej napalony na pływanie) ZMUSIŁ mnie i Cinka do wyjazdu na kajta. W zasadzie nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że na dworze było ok 4 stopni celcjusza i padający śnieg. No ale my twardzi jak zwykle (Co? Ja nie pojadę??? A właśnie, że pojadę!) daliśmy się namówić… 

I bardzo dobrze! Bo było cudnie, temperatura aż tak mocno nie przeszkadzała, ubrani w 2 pianki (Ja i Władziu suche pianki, Cinek dwie normalne - on się urodził u eskimosów pod Iglo, bo w Iglo było mu za ciepło). Wiało z początku koło 13-15 węzłów, więc wzieliśmy wszyscy duże latawce, z którymi później jak było w porywach ponad 20 węzłów mieliśmy lekkie problemy (Ja i Cinek, Władziu nigdy nie ma za dużo mocy w latawcu, nawet jak ma…).Tak jak wcześniej zaznaczyłem - było cudnie, fajne uczucie gdy po kilku tygodniach bez pływania, nagle uda się wyjechać na pływanie, do tego w ekstremalnych warunkach pogodowych. Gdy zamiast rzęsistego deszczu, co zdarza nam się dość często - pada śnieg! Niezapomniane przeżycie - bedziemy próbować jeszcze. Poniżej parę fotek z wyjazdu, jak Cinek będzie miał chwilę, to i pewnie jakiś filmik złoży:
 
  

Older Posts »