No to wracamy :)
czerwca 25th, 2008 by Fryta
Witam po bardzo długiej przerwie
Wybaczcie, że nic nie pisałem ale były 2 powody. Brak dostępu do netu - sieć powietrzna widziała tylko 0 i żadnej 1. A drugi powód to całkowity brak wiatru
Na szczęście wszystkie przeciwności pokonane.
Ciężko mi sobie przypomnieć ile razy w czasie gdy byłem odcięty od świata wychodziliśmy na wodę. Ale chyba 2 razy Dźwirzyno, raz Rewal i raz Wolin. Kolejność Rewal - Dźwirzyno - Dźwirzyno - Wolin. Na żadnym z wyjść nikt nie robił zdjęć i nie filmował
Tak więc zaczynamy od pierwszego wyjścia w Rewalu. Po długim oczekiwaniu na wiatr….bla bla bla… wiatr przyszedł. Nie wiadomo skąd i z kim ale był. My oczywiście długo się nie zastanawiając spakowaliśmy sprzęt i na morze. Słonko nie świeciło więc nie było dużo ludzi na plaży. Wiało z zachodu i na morzy była bardzo nieprzyjemna wysoka fala. Bart z Władziem bez problemu przebili się na otwarte morze, a ja miałem zaliczyłem kilka nieudanych prób. Zmęczyłem się przy tym strasznie i dalsze pływanie nie należało do najprzyjemniejszych. Gdy już wszyscy byli na otwartym morzu i miała się zacząć najlepsza zabawa wiatr zrobił nam psikusa i przestał wiać. Spędziliśmy co prawda jeszcze na plaży dobrą godzinę i jeszcze kilka razy próbowaliśmy popływać ale się nie dało. Także pierwsze wyjście po długiej przerwie nie należało do udanych jednak z drugiej strony trochę popływaliśmy więc nie ma co narzekać
Drugie pływanko w Dźwirzynie. Było cudnie. Zjechała się cała brygada. Każdy schodził z wody z bananem na twarzy
No morze Cinek nie był do końca zadowolony bo miał drobne problemy aby przebić się głąb jeziora i swobodnie sobie popływać. Śmigał cały czas przy brzegu i co chwila uciekał przed Olkiem
A tak na marginesie Olek gratulacje za postępy jakie robisz. Już jest więcej pływania niż chodzenia. Jeszcze trochę i przyjdzie czas na kontrolowane skoki, a nie tylko te przypadkowe
Jednak wydaje mi się, że Cinkowi włączył się syndrom trenera lub starszego brata i nie chciał od Olka zbyt daleko odpływać aby w razie W mógł mu szybko pomóc.
Jeśli chwalimy Olka to nie możemy zapominać o Kasi. Nasza kite girl świetnie sobie radzi (udowodniła to na następny dzień ale to za chwilkę). Trzyma linię i nie musi już spacerować z latawcem w zenicie aby wrócić w miejsce startu. Pewnie już niedługo zaczną się pierwsze skoki. Czego ci serdecznie życzymy.
Władziu, Bart i ja ćwiczyliśmy jedyną rzecz, która teraz nas fascynuje w kite’cie czyli skoki. Warunki były na tyle dobre, że można było wykonać 3 skoki w jednym halsie i nie tracić odległości. To tylko moje doznania bo nie wiem jak szło Bartowi oraz Władziowi. Ciężko obserwować cały akwen. Były chwile gdy trochę wiaterek słabł i wtedy trzeba było trochę powalczyć o odległość. Mi się spodobała zabawa w straszenie mew, które w dużej liczbie pływały po jeziorze. Okazało się jednak, że nie wszystkie pływały. Nie które z nich po prostu sobie stały. Dość boleśnie się o tym przekonałem. Gdy przeganiałem z wody chyba 3 stadko deska wbiła się w dno, a ja wystrzeliłem jak z procy. Latawiec miałem nisko nad wodą aby szybciej mewy wystraszyć więc przeciągnął mnie po tej mieliźnie. Bart, który płynął za mną trochę się u chachał ale dostał też informacje że nie należy płynąć za mną. Na szczęście nic mi się nie stało ucierpiała tylko moja duma
Na przyszłość trzeba pamiętać, żeby nie straszyć mew
Na spocie spędziliśmy około 5 godzin więc wypływaliśmy się i nadrobiliśmy zaległości z bezwietrznych dni.
Na następny dzień prognozy wiatrowe były jeszcze lepsze. Miało wiać około 25-28 węzełków. Nie wiem czy tyle bylem bo nikt mi nie chciał powiedzieć ile tak naprawdę jest. Władziu przekazał mi tylko info z uśmiechem na twarzy że wieje 15 węzłów. Można było pomyśleć idealnie ale cosik podpowiadało mi, że jednak jest mocniej. Szybkie rozkładnie sprzętu i do wody. Latawiec na maksymalnym depowerze. Podpięty na drugie supełki (mimo iż przy 15 węzłach podpinam na 3). Start przebiegł bez problemów. Pierwszy ślizg latawiec nisko nad wodą. Naprałem prędkości i od razu poczułem, że nie jest to prędkość z którą przeważnie pływam. więc próba wyhamowania ostre ostrzenie i latawiec spokojnie do góry. Niestety nie udało się. Zgubiłem krawędź i zacząłem odbijać się od wody jak piłeczka. Kilka szybkich uderzeń o wodę deską ustawioną w poprzek kierunku płynięcia i ostra gleba. Deska spadła mi z nóg i została za mną jakieś 30 metrów. Gdy udało mi się już opanować latawiec i postawić go do zenitu okazało się, że wieje tak mocno, że nie mogę zaprzeć się nogami o dno bo latawiec cały czas mnie podnosi. Sprowadziłem go na krawędź okna wiatrowego i “oparłem” o wodę. Niestety to też nie pomogło. Siła jaką latawiec generował nie pozwoliła mi na to aby spokojnie ustać w jednym miejscu. Do tego zorientowałem się, że rozpiął mi się trapez. Próbowałem go zapiąć jednak latawiec mi to uniemożliwiał. Szybka decyzja i korzystamy z systemu bezpieczeństwa. Latawiec powinien leżeć sobie spokojnie na wodzie ale co chwila łapał wiatr i podnosił się w powietrze co uniemożliwiało mi dojście do niego. Na szczęście Bart widział całą sytuację i przytrzymał mi latawkę. ”Sprint” do niego i latawiec był już w moich rękach. Bart - wielkie dzięki za pomoc!!!!! Ne wiem jakby się to mogło zakończyć gdyby nie on.
Największe wyrazy uznania dla Kasi, która była z nami. Bardzo dobrze sobie radziła i ze zdziwieniem na twarzy patrzyła na moje poczynania
Sama jednak później przyznała, że wiatr był trochę za mocny. Ale tylko trochę
Gratulacje dla Władzia, który w tym dniu oddal chyba najwyższy i najdłuższy jak do tej pory skok. Wyglądało to naprawdę bardzo efektownie!!!!!!!
Do wolina pojechaliśmy wczoraj .Bart z Władziem byli umówieni na to aby przetestować latawce Slingshot’a. Wiaterek był bardzo fajny ale z tendencją słabnącą więc nie wypływaliśmy się. Początek pływania był wręcz genialny. Stabilny wiaterek, minimalna fala i bardzo dużo miejsca do zabawy
Gdy znaleźliśmy się w wodzie to nie pozostało nic innego jak tylko się bawić. Ja jak opętany próbowałem skakać (większość skoków kończyła się glebą). To samo robił Bart i Władzio. Co prawda Brat stracił trochę czasu gdy przesiadał się ze Slingshot’a na swojego Ozona ale bawił się równie dobrze co ja
Oczywiście nie obyło się bez śmiesznych sytuacji. Prawie przy każdym nieudanym skoku gubiłem deskę. Trzeba było do niej jakoś dopłynąć. Ja w takich chwilach ćwiczę bodydragi, które pozwalają dopłynąć do zgubionej deski. Już pod koniec pływania gdy siadał wiatr oczywiście oddałem skok i zgubiłem deskę. Zlokalizowałem dechę na wodzie i już miałem zacząć body dragi ale Bart przyszedł mi z pomocą i złapał deskę. Jednak wiatr siadł tak mocno, że Bartowi udawało się płynąć tylko w prawą stronę, a ja oczywiście byłem po lewej
Po chwili Bart zostawił moją deskę na wodzie bo sam miał problemy aby utrzymać latawiec w powietrzu i moja deska znalazła się kilkadziesiąt metrów dalej niż była. To się nazywa przyjacielska pomoc ;)
2 kumpli wybrało się na kajta. Jeden z nich zgubił na wodzie deskę. Deska była jakieś 5 metrów od niego. Jego kumpel: krzyczy dasz radę ją złapać!!! W odpowiedzi słyszy: TAK. Mimo to podpływa do pływającej deski i ją zabiera. Odpływa jakieś 40 metrów i krzyczy: A teraz!!!
Niestety wiatr tak siadł, że pływanie się skończyło. Na spocie miało miejsce jeszcze jedno wydarzenie ale to już powinien opisać Bart lub Władziu.
O jakim wydarzeniu wspomniałeś na końcu swego przykrótkiego posta?
Czyżby chodziło ci o moje nagłe i niekontrolowane przeciągnięcie na brzuchu po plaży? Chciałbym, żebyś wiedział, że to było ZAMIERZONE, uczyłem się nowego tricku