Feed on
Posts
Comments

Zaginiona deska.

Dziś Władziu, Bart i Kasia wybrali się w Rewalu na morze popływać. Ja z nieznanych powodów pojawiłem się na spocie bez sprzętu więc tylko przyglądałem się jak pływają. Jednak tylko mi się wydawało, że dobrze się bawią. Gdy dotarłem do miejsca gdzie pływali okazało się, że Władziu zgubił dechę. Bart śmigał po morzu próbując ją odnaleźć. Niestety się nie udało :( . W międzyczasie Kasia wylądowała swoją latawkę i Władziu ją łapał trzymając swojego switchblade’a w powietrzu. Mało co nie zahaczył nim o tablicę ostrzegawczą - obyło się bez strat. Nasz senior na prawdę ma talent do aranżowania niebezpiecznych sytuacji ;) . Gdy sytuacja była już opanowana pojawił się na brzegu Bart i oddał Władziowi swoją deskę. Jego deska jest przystosowana do podczepienia leash’a i dzięki temu, bez obawy Władziu mógł udać się na poszukiwanie swojej. Z resztą deska Władzia też ma możliwość podczepienia leash’a i leash był podczepiony jednak Władziu dokonał kilku modyfikacji, które nie wytrzymały (naprawdę ma talent - nie wiesz co to są niebezpieczne sytuacje dzwoń do Władzia wszystko Ci wyjaśni tel. 0-700-WŁADZIU ;) ). Z Bartem wybraliśmy się na spacer z nadzieją, że decha już przybiła do brzegu. Staraliśmy się ją również wypatrzeć na wodzie jednak słońce skutecznie nam to utrudniało. Jedyne co było widać to odbijające się promienie. Doszliśmy do Trzęsacza (około 1 kilometra do miejsca startu) dechy nigdzie nie było widać. Władziu przeczesywał wodę śmigając tam i z powrotem. Już się poddaliśmy i zaczęliśmy wracać. Ja brzegiem, a Władziu wodą. Przy chyba 3 halsie trafił na swoją deskę i z typowym bananem na twarzy, bo takowy się pojawia na twarzy w takich sytuacjach, przytargał dechę na ląd. Dalszą podróż decha odbyła już lądem bez obawy o to, że porwie ją prąd. Sprzęt odzyskany i wszystko skończyło się dobrze. Nie wiem, bo nie było mnie w chwili zgubienia deski, więc mogę się tylko domyślać, jak mogło dojść do tego, że stracili deskę z pola widzenia. Już nie raz gubiłem deskę na morzu jednak tylko raz był problem z jej znalezieniem. Popełniłem błąd i od razu bodydragami ruszyłem w kierunku brzegu. Jednak wtedy nie było problemu z jej wypatrzeniem ponieważ słońce było schowane za chmurami, a fala była na tyle wysoka, że co chwila deska świeciła czerwonymi finami. Od tamtego zdarzenia zawsze zostaję w miejscu gdzie decha mi spadła. Daję znać innym aby podpłynęli i podholowali deskę do brzegu. Jest to bardzo efektywna metoda ponieważ cały czas ktoś - osoba, która zgubiła deskę lub osoba pomagająca - ma z deską kontakt wzrokowy.

Wniosek jest prosty: zgubiłeś deskę zostań przy niej do momentu, aż ktoś do ciebie podpłynie i da ci znać, że możesz płynąć do brzegu!!!!!! (metody nie stosować gdy jesteś sam na spocie ;) )

Pogorzelica 31.05.08

Dzisiaj będzie krótko, ale na temat - znów konkretnie popływaliśmy (i polataliśmy), poniżej fotki dokumentujące to zdarzenie:

Po wczorajszej przerwie dziś znów na wodzie :D Banan pojawił się na pysku na samą myśl, że dziś uda się popływać :) Po pracy, 17h na zegarze, szybka jazda po sprzęt i na spot. Wiało ze wschodu więc tylko morze wchodziło w grę. Pływaliśmy w Rewalu aby nie tracić czasu na dojazd. Wiało ładnie około 14-16 supełków. Plan z góry ustalony: skaczemy!!!!! Pierwsze skoki - standardowo gleby za każdym razem. Czasami przypadkiem udało się wylądować. Poprawiło się dopiero gdy Bart zszedł z wody aby odpocząć i mógł przekazywać info co jest nie tak. Dzięki jego wskazówkom - za co bradzo ale to bardzo jestem mu wdzięczny (na pewno pojawi się piwko “bezakloholowe” ;) ) - co raz częściej udawało się wylądować. Oczywiście nie obyło się bez przygód. Bart powiedział mi, że w czasie wybicia latawiec jest za bardzo przede mną. Ja to oczywiście zrozumiałem inaczej niż chciał mi przekazać. Więc gdy podszedłem do kolejnej próby machnąłem latawcem z 11 aż na 1 i zaciągnąłem bar na maksa. LUDZIE JAKIEGO TO MA KOPA!!!!!!!!!!!! :D oczywiście zaliczyłem glebę. Bart miał ubaw po pachy ale też był pod wrażeniem stylu w jakim próbuje się uczyć. Może to jest lekką głupotą ale wogóle nie czuję strachu przed skakaniem, a najśmieszniejsze jest to, że najbardziej podobają mi się właśnie takie “power jumpy”. Jednak aby je opanować trzeba zacząć od podstaw. No i tak też zrobiłem. Wybiłem sobie z głowy ostre skakanie ( nie było łatwo) i zacząłem szlifować spokojne skoki i starałem się je wylądować. Na moim latwacu szło mi już całkiem nieźle (Cabrinha X-bow model z 2007 roku, do tego decha Nobile 666 129×39). Później przesiadłem się na latawkę Brata, też X-Bow ale model z 2008. Tu już nie było tak różowo. Częściej zaliczałem gleby niż lądowałem na desce. Nie mogłem sobie poradzić z latawcem. Cały czas coś było nie tak - to za wolno wyprowadzałem go w górę i nie było mocy na latawcu, to za słabo zaciągałem bar. Chyba trochę obaw o sprzęt Barta się wkradło. Ale powera to ten latawiec też ma :D. Nie ukrywam, że na spocie dziś rządził BART. Skakł jak natchniony. Niektóre skoki, tak mi się wydaje dochodziły do 3 m nad wodę i 90% skoków wylądowanych. Chylę czoła przed naszym gadżeciarzem. Dużo mi jeszcze brakuje aby mu dorównać. Ale nie zamierzam się poddawać i też już niedługo będę skakał wysoko i lądował tak delikatnie jak Bart. Do zobaczenia na spocie. Od dnia dzisiejszego wszystkie wiatry wieją tylko do góry :D

Zaczęło się bardzo fajnie - wiaterek 18 węzłów, mocno szkwalisty, my na morzu w Rewalu, obok bazy rybackiej. Szybko zeszliśmy na wodę i pełen energii zacząłem robić to co ostatnio lubię najbardziej - skoki :)

Po kilku mniej lub bardziej udanych nadszedł TEN skok - wyciągnęło mnie mocno do góry, na moje nieszczęście latawiec zostawiłem zbyt bardzo z tyłu, no i łupnąłem w wodę tzw. “wahadełkiem”. To był jednak początek nieszczęść - tak jak wspomniałem, latawiec został z tyłu, stracił ciąg, obrócił się tubą główną w dół i rąbnął z 27m w wodę. W sumie nic nowego z tym sprzętem (o tym innym razem), najlepsze jednak przede mną - latawiec szybko wstał, zrobił kołowrotek ciągnąc mnie pod/na/nad wodą jakieś 8-10 metrów i znów w wodę. Próbowałem opanować latawkę, ale na nic się zdawały manewry barem - latawiec bardzo ostro i niekontrolowanie ciągnął mnie w stronę falochronów na pełnym powerze. Widząc szybko zbliżające się drewniane kołki wbite w wodę zrobiłem jedyną właściwą rzecz - użyłem systemu bezpieczeństwa (liszowałem się). Latawiec bezwładnie osunął się na wodę, a ja zacząłem “dyndać” jak spławik na wodzie, ok 100 metrów od plaży. Ratunek nadszedł w miarę szybko - Cinek podholował mnie do brzegu, a Olek pomógł złapać latawiec.

Na plaży zorientowałem się, że przyczyną całego zamieszania była pęknięta linka (zdjęcie linki poniżej). Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że latawiec jest nowy (to było może 6 wyjście na wodę) i teoretycznie nic nie powinno się stać, szczególnie, że warunki nie były specjalnie trudne.

 Na drugi dzień, po drobnych, początkowych kłopotach z komunikacją z dystrubytorem Ozona, od którego raptem kilka tygodni temu kupiłem latawiec, udało mi się ustalić plan realizacji gwarancji.

Po przesłaniu fotek linki uzyskałem zapewnienie bezpłatnej wymiany 2 linek (podobno bezpieczniej). Obecnie czekam na kuriera, tak, by na weekend znów być zwarty i gotowy do PŁYWANIA!!! :)

nieszczęsna linka..

Filmik i straty

Myślę że nowy filmik będzie tylko o skokach !!! Tylko jaką muzę podłożyć do filmu który będzie miał dziesięć sekund w tym mój LOT zajmuje dziewięć :) Straty - a Władziu zaliczył dwie dziury i Bart zerwał linkę a ja nic nie zepsułem :)   (chyba)

Pierwsze skoki by Fryta.

Wczoraj wykonałem swój pierwszy skok. Niestety zabrakło czasu i sił aby wykonać więcej prób. Ale może do początku. Bart, Cinek i Władziu już jakiś czas temu przełamali barierę “pierwszego skoku” i dziś radzą sobie całkiem przyzwoicie. Ja nie miałem aż takich umiejętności więc cały czas szlifowałem ostrzenie i wracanie do punktu wyjścia. Wczoraj wiało około 15 supełków i o dziwo nie było dużej fali na morzu. Nie wytrzymałem i spróbowałem. Oczywiście decha została w wodzie razem z moimi nogami, a ja zaliczyłem piękną glebę. Kolejnych kilka prób zakończyło się tym samym efektem czyli glebą :( Chwilę później już się zawijaliśmy ze spotu ale zabawa była przednia. Dzisiaj znów pięknie wiało i nie było zbyt dużej fali. Wchodząc do wody miałem w głowie tylko skoki i niczego innego nie chciałem robić. Byłem pierwszy na spocie w Rewalu (cała brygada wybrała się do Dźwirzyna ale tam strasznie szkwaliło i przybyli nad morze do Rewala). Korzystając z tego, że wszedłem do wody jako pierwszy bez trudu mogłem się dobrze ustawiać do skoków i nikt mi nie przeszkadzał. Pierwsze próby zakończyły się oczywiście zaliczeniem pięknej gleby. Ale z próby na próbę było tylko lepiej. Nawet kilka udało się wylądować. Zdaję sobie sprawę z tego, że moje skoki nie były wysokie, ani długie jednak wrażenie jest oszałamiające :D Siła jaką generuje latawiec i tych kilka sekund w powietrzu powodują, że chce się wiecej i wyżej :D Nie wiem jak moje skoki wyglądały z plaży jednak ja to odbieram tak: SKAKAŁEM CO NAJMNIEJ NA 10 METRÓW W GÓRĘ I SPĘDZAŁEM CO NAJMNIEJ MINUTĘ W POWIETRZU !!!!!!!!!!  (zaraz pewnie pojawią się komentarze typu: zamiast 10 metrów 10 centymetrów i zamiast minuty tylko sekunda ;) ) Ale najważniejsze są przeżycia, a tych nikt mi nie odbierze. Gdy zaczynałem przygodę z kitem myślałem: po co decha skoro bodydragi są takie świetne. Gdy pierwszy raz stanąłem na desce powiedziałem j…ć bodydragi. Gdy już w miarę pewnie pływałem myślałem: po co skakać skoro ślizganie się po wodzie jest wręcz genialne? Gdy skoczyłem pierwszy raz zastanawiam się czy da radę na tym sprzęcie latać? Po co tracić czas na pływanie :D Moja rada jeśli pływasz, a nie skaczesz to bardzo dużo tracisz!!!! Jak najszybciej przełam swój strach i do góry :D Gwarantuję, że się nie zawiedziesz :D

Ps. Na spocie Cinek i Olek bawili się kamerą więc pewnie niedługo pojawi się nowy filmik, a wtedy zobaczycie jak pięknie skakałem :)

Nowy filmik

Jak w temacie, filmik dedykuję jedynemu naszemu fanowi (jak na razie) - Pawłowi na emigracji - niech ci angielska ziemia lekką będzie :)

Nie zapowiadało się za dobrze, połowa brygady nas olała i w zdecydowanie zmniejszonym składzie musieliśmy sobie radzić sami. Na wezwanie zjawili się Bart + Cinek + Oskar który pstrykał fotki. Do tego po raz pierwszy jechaliśmy na drugą stronę jeziorka na którym często pływamy. Super dokładne instrukcje Cinka - cytuję: “..już nie pamiętam jak się ta wiocha nazywa, dawno tam byłem..” nie przeszkodziły nam w dotarciu na miejsce.

Pływało nas dwóch, ale nie to jest najważniejsze - w końcu wiało jak należy. W zasadzie tak wiało, że nawet nie mieliśmy czasu, żeby dokładnie zmierzyć siły wiatru, tylko lecieliśmy od razu w panice na wodę, bojąc się, że za moment szczęście się skończy. Nie skończyło się :) Dwie i pół godziny solidnego pływania i skakania (nie boję użyć się tego słowa). Poniżej kilka fotek - kto nie był - niech żałuje!

A na koniec niespodzianka dla niezliczonej rzeszy fanek - Oskar we własnej osobie :)

No i popływaliśmy :D Wiatr co prawda był dziurawy ale udało się zaliczyć 3 sesje na wodzie. Każda kończyła się spacerem z latawcem pod reką ale to nie psuło humoru w brygadzie. Najwiecej nachodził się Bart. Cały czas kombinował jak trafić w najodleglejsze miejsce na spocie i wiecie co - udawało mu się :P Przeszedł chyba z 2 km z latawką pod ręką. Chylimy czoła przed naszym gdżeciarzem. Najlepiej miał Władziu ze swoją 16-tką. Zawsze jakoś dotarł do miejsca startu i najmniej się nachodził. Gdy nie wiało ćwiczyliśmy skimboarding na deskach kite’owych. Była niezła zabawa - wszystkie finy na miejscach :) Olek przekonał się, że latawka cała musi leżeć na lądzie po tym jak w pewnej chwili jego switchblade zaczął pięknie żeglować po zalewie. Początki są zawsze są ciężkie :P Ale trzeba mu pogratulować bo chyba wczoraj zaliczył swój pierwszy ślizg!!!! Teraz będzie już tylko lepiej.

Ps. No i zapomniałem (za co bardzo przepraszam) o gwoździu programu czyli o naszej jedynej kite-girl (tłum. latawica - czyt. dziewczyna z latawcem na przedzie :P ) Kasi. Pojawiał się na spocie po drugiej sesji. Pod pilnym okiem Władzia doskonaliła halsy i jako jedyna pływała na 8. Każda waga ma swoje przywileje ;) Jak każdego na spocie (nie licząc Władzia) i ją spotkała niezmieranie wielka przyjemność spacerowania z latawcem.

No i popływaliśmy :) Może nie tak mocno jakbyśmy chcieli, może było w tym pływaniu trochę za dużo chodzenia, ale po kilku tygodniach marzenia o wietrze - źle nie było. Poniżej co ciekawsze fotki ze spotu:

Brygada na spocie

« Newer Posts - Older Posts »